Dzień 14, Covidoki. Zapiski umiarkowanej optymistki (Kreską i Słowem)

Pomyłki się zdarzają

 Trzeba tyle zrobić. Boże Narodzenie za dwa tygodnie, a ja tutaj. Zakupy mi zrobią, sprzątać wiele nie trzeba, ale kto zrobi uszka? I pierogi z soczewicą zapiekane, a Franek przecież tak je lubi… a pieczarki na ostro i te w cieście piwnym…rybę w galarecie…

Pewnie kupią gotowe, tak, jak w ubiegłym roku chcieli…sushi! Też mi tradycja!

Michał powiedział, że woli tę surową rybę od karpia, a Kasia z kolei śledzi nie je, nie lubi. Jej upiekłabym makowiec. Tak, ciasto to ona lubi bardzo. Może jeszcze keks, piernik, piegusek, drożdżowe racuchy… Och jakbym je zjadła teraz!

Potrafią piec, ale nie mają czasu. Rzeczywiście teraz ludzie są bardziej zajęci niż to było kiedyś. Wydaje się, że mniej robią niż my kiedyś, a na nic nie mają czasu. Nie rozumiem tego, są udogodnienia, jakich myśmy nie mieli, a czasu rzeczywiście nie wystarcza na normalne życie, wyprawę do lasu, do teatru, kina, czy zwyczajny spacer. Wszyscy zaganiani. Komputery miały ułatwiać życie, a tak nie jest. Mnie utrudniają. Kiedyś płaciłam rachunki na poczcie i zajmowało mi to znacznie mniej czasu niż wysyłanie przelewów przez ten komputer. Muszę prosić Michała, a on traci na to czas.

A gdyby dzisiaj ktoś chciał zrobić to wszystko, co ja kiedyś robiłam w ciągu doby? Pracowałam, wychowywałam dzieci, robiłam zakupy, gotowałam, prałam, prasowałam, sprzątałam, robiłam na drutach, szyłam, haftowałam i miałam jeszcze czas na czytanie bajek, zabawę i spacery z dziećmi. Teraz na to wszystko nie wystarczyłoby nawet kilku dni. Co za świat! Czas się skurczył, czy jak?

No tak, obecnie czas to mi się dłuży bardzo. Nie wiem nawet o czym mam myśleć, aby go wypełnić i… nie myśleć, o tym, czego doświadczam teraz.

Wszystko się zmienia i pewnie zawsze tak było, że starsze pokolenie narzekało na młodsze, nie akceptując wielu rzeczy, szczególnie nowości technicznych. Gdyby żyła moja matka i widziała, jak teraz obchodzi się święta, byłaby niepomierne zdziwiona, wręcz zaszokowana. Kto dziś chodzi codziennie na roraty podczas adwentu. A babcia?! To by dopiero było! Pamiętam, jak krytykowała dwanaście potraw.

– Co za marnotrawstwo mówiła, po co tyle, pięć wystarczy. No, może siedem z kompotem z suszu i racuchami. Dwanaście, kto to zje!

A później pisała, pisała przez dwa dni, aż bez słowa podała mamie kartki z zestawami menu na wigilię, do wyboru. W każdym było po pięć potraw. Mama skapitulowała i to na dobre parę lat. Tego roku i przez kilka następnych potrawy na wigilii były według menu babci.

Zaraz, czy pamiętam jakie? Pierwszy zestaw… tak, to była zupa rybna z kluskami, chyba francuskimi; śledzie marynowane z całymi ziemniakami (oczywiście w mundurkach); ryba gotowana w sosie chrzanowym (chyba szczupak); kapusta z grzybami i kasza jaglana ze śliwkami.

Następnego roku: zupa grzybowa czysta z kaszą krojoną w kostkę (kasza oczywiście manna); śledzie z musztardą własnej roboty (sama ucierałam gorczycę z miodem, przedtem całą noc moczoną w aromatycznym occie (goździki, kardamon) pozostałym po marynowanych śliwkach; ryba smażona z surową kapustą; pierogi z grzybami (grzyby z zupy), ryż z rodzynkami.

Trzeciego roku: zupa owocowa (z suszu) z kluskami; śledzie smażone z kapustą; ryba gotowana, obsypana siekanymi jajkami; kaszka na grzybowym smaku; łamańce z makiem.

Czwartego roku: barszcz czerwony z uszkami z grzybów; ryba w galarecie; kotlety ze śledzi; kluski z makiem, kompot z suszu.

I piątego roku: zupa z kwasu kapuścianego z kluskami; śledzie nadziewane i smażone w cieście; pęczak z sosem grzybowym; racuchy; owoce i pierniki.

A jak to było wykonane i podane! Cudeńka. Kiedy był kompot z suszu, był także kisiel z tych owoców, czasami sorbet, jak było dostatecznie zimno na dworze, aby móc zamrozić przetarte owoce. Ryby jedliśmy jakie były dostępne, ale były i karasie, i pstrągi i leszcze, i karpie, czasem szczupak. Babcia lubiła go w szarym sosie z rodzynkami i migdałami. Starano się, aby na świątecznym stole było wszystko to, co daje ogród, pole, las i woda i to nie tylko na wsi, chodziło tu o więź z przyrodą. W wigilię obowiązywał post, nie tak, jak teraz, kiedy Kościół orzekł, ze nie trzeba pościć. My celebrowaliśmy wieczerzę po staremu.

Jakie wówczas były radosne święta Bożego Narodzenia, mimo że nie było wszystkiego tak, jak teraz. Choinkę ubierało się całą rodziną w wigilię, nie wcześniej. Ozdoby były różne, wiele robionych własnoręcznie. Mam dotąd misternie sklejoną bombkę z bibułki, łańcuchy, podobno na pamiątkę węża, który zwiódł Ewę, pierniki, ciastka, plasterki suszonych owoców, kokardki kolorowe, orzechy owinięte w pazłotka. Później już były zamiast łańcuchów włosy anielskie, cukierki w kształcie sopli, i niezliczone wzory bombek szklanych. Wypatrywało się pierwszej gwiazdki, aby po poszczeniu cały dzień zasiąść do wieczerzy, a później otwierać prezenty spod choinki. Robiliśmy lampiony, ponieważ dla podkreślenia nastroju stawiało się świece, czasami szopkę z kartonu i bibułki podświetlaną świeczką. Zawsze była podłaźniczka nad stołem, zawieszana pod żyrandolem.

Było pięknie. W tamtych latach w grudniu zawsze był śnieg, który dodawał uroku i magii świętom.

U nas nie zostawiało się dodatkowego nakrycia. Babcia tylko opowiadała, że dawniej stawiało się dodatkowy stół z nakryciem dla duchów zmarłych przodków. A nakrycia przy stole powinny być w liczbie nieparzystej, ale nie trzynaście. W innych regionach było odwrotnie, starano się, aby była parzysta liczba nakryć. Dawniej stawiano udekorowane snopki siana w czterech kątach izby, rozścielano siano pod obrusem. U nas symbolicznie kładło się sianko pod obrus. W rodzinie był zwyczaj, że rano w wigilię któryś mężczyzna obchodził wszystkie domy rodzinne, składając życzenia. To miało przynieść szczęście. Zapobiegano w ten sposób temu, aby życzenia pierwsza złożyła kobieta, co nie wróżyło dobrego przyszłego roku. Dzisiaj już ten zwyczaj zanikł, chociaż przypuszczam, że w dobie telefonów byłby mniej uciążliwy dla mężczyzn. Pamiętam, że się buntowali. Nic dziwnego, czasami był mróz siarczysty, a trzeba było na piechotę obejść pół miasta. Nie było komunikacji, miejskie autobusy niemal nie kursowały, a taksówki były za drogie i niewiele osób posiadało samochody. Dzisiaj patrząc na parkingi aż trudno uwierzyć, że to działo się pięćdziesiąt lat temu, jakby kilka epok minęło, tak szybko przyszła nowoczesność.

Wróżyło się na przyszłość w ten sposób, że to, co robiło się w wigilię, podobnie będzie się robiło w przyszłym roku . Oczywiście myślę, że nie chodziło o same czynności, tylko nastroje i wydarzenia. Podobnie wróżono przez pierwsze dwanaście dni nowego roku, które odpowiadały dwunastu miesiącom. Jeśli wszystko w ciągu tych dni było dobre, to i cały rok powinien  być dobry.

W domu zawsze była potężna gałąź jemioły, jednak nie wieszaliśmy jej pod sufitem, jak wymagała tradycja, tylko stawiało się ją w dużym wazonie, albo wisiała na ścianie. Trzeba było ją później spalić, nie wyrzucać, bo szczęście się wyrzucało. Nie można było również pożyczać nic nikomu w wigilię, gdyż w ten sposób oddawało się swoje szczęście…

Musiałam wiele gałęzi jemioły wyrzucić i niemal w każdą wigilię coś pożyczać… cha, cha, cha. Dobrze, że poczucie humoru pozostało ze mną.

– Kręci mi się w głowie… tak tu duszno, nie wietrzą. Nie pozwalają mi wstawać i wychodzić na korytarz, nie ma odwiedzin, nikogo nie wpuszczają, nie widziałam ani dzieci, ani wnuków już od dwóch tygodni! Jestem jak w więzieniu, nie pozwalają zadzwonić, a ja nie mam telefonu komórkowego. A przecież nawet przestępcy mają prawo do jednego telefonu. Wstaję z łóżka i chodzę po sali, ale jestem coraz słabsza. Boję się tutaj umrzeć. Salowa powiedziała, że wszystkich palą w workach, nie pozwalają ubierać. To jakieś szaleństwo! Nie chcę, nie mogę o tym myśleć!

Powiedzieli mi, że księży też nie wpuszczają. Zaraza, koronawirus, covid. Co to jest? Czuję się tylko słaba, wysiadło mi serce dlatego mnie tu przywieźli, ale jest już lepiej.

Adam mówił o swoim sercu „pompa” i ona szybko mu się wysłużyła. Już dwadzieścia lat jestem sama. Czy byliśmy szczęśliwi? Myślę, że tak. Szkoda, że nie zdążył nacieszyć się wnukiem. On nie lubił świąt, a właściwie je ignorował. Zawsze mówił, że to mieszanka pogaństwa i chrześcijaństwa, włączając oczywiście prawosławie. Z jego powodu nie chodziłam na pasterkę, bałam się sama iść o północy.

 

Ciąg dalszy jutro…

UWAGA! Opisywane sytuacje są fikcją literacką.

Zostaw komentarz