Dzień 15, Covidoki. Zapiski umiarkowanej optymistki (Kreską i Słowem)

Pomyłki się zdarzają

(dokończenie)

Nie robią mi żadnych badań, pobrali krew już dawno i mierzą tylko temperaturę. Sami przychodzą rzadko, ubrani jak kosmici, nie widać twarzy, strach na nich patrzeć. Zresztą nie muszą przychodzić, nie są mi potrzebni. Szczególnie ci młodzi lekarze, traktują mnie jak przedmiot, nie odpowiadają na pytania, odwracają się tyłem, nie patrzą w oczy. Bardzo to jest przykre. Zdawkowe pytania zadają patrząc przez te swoje kaski w powietrze, na ścianę:

– Jak się pani czuje? 

Nie czekają zresztą na odpowiedź, sami sobie odpowiadają:

– Dobrze? Tak? I nie słuchają mojej odpowiedzi.

Natomiast większość pielęgniarek to anioły, ale są tak zajęte, że nie mają czasu na nic. Jedna mi się nie podoba. Wczoraj kopnęła mnie słowem. A ja tylko zapytałam ją, czy mogę wstać i wyjść na korytarz oraz czy wie, kiedy mnie wypuszczą, bo lekarze nie odpowiadają na moje pytania.

– Leżeć! – warknęła, jak do psa. Po chwili zmitygowała się i dodała już mniej wrogim tonem – Wypuszczą albo i nie wypuszczą, nie wiem.

Nazwałam ją nursą. Mama mi opowiadała, że jak mnie rodziła w Anglii w 1942 roku, to w szpitalu była taka podła położna. Przez nią o mało mnie nie straciła. Nursa nazywała się Alice, nienawidziła Polaków i dawała to odczuć każdemu, na mamę wręcz się uwzięła. Zabierała jej owoce i kwiaty, które przynosił tata, ba, zabierała nawet wodę. Niemal wszystkie nursy były nieprzyjemne, ale ta była wyjątkowo złośliwa. Tyle lat, a ja pamiętam opowieści mojej mamy i zawsze, jak je sobie przypominam dostaję dreszczy. Tato walczył o ich kraj, a one takie podłe były dla mamy.

Ojciec został w tym nieżyczliwym kraju, ja z matką wróciłyśmy w 1946 roku. Rodzice myśleli, że tylko ojciec jest zagrożony aresztowaniem, niestety matka spędziła niemal rok w więzieniu. Miałam cztery lata kiedy ją zabrali, zostawiając mnie samą w mieszkaniu. Mama zdołała krzyknąć do sąsiadki, aby się mną zajęła. Zajęła się a jakże… po swojemu. Kiedy mama po wyjściu z więzienia mnie odszukała w domu dziecka, ja jej nie poznałam. W naszym mieszkaniu rozgościła się sąsiadka, wówczas już pracownica UB, zabierając wszystko. Oddała tylko kilka zdjęć rodzinnych, jak się wyraziła:

 – Niech pani zabiera, tych jeszcze nie wyrzuciłam.

Później odszukała nas babcia i odtąd zamieszkałyśmy razem. Ojciec nie wrócił, zmarł przedwcześnie w Londynie w 1955 roku.

 

Drzwi sali szpitalnej otworzyła postać w kombinezonie i masce. Równie dobrze mogła to być kobieta, jak i mężczyzna. Po głosie można było rozpoznać płeć, była to kobieta. Podeszła do łóżka starszej pani i zapytała:

– Jak się pani nazywa?

– Joanna Żarnowska.

– Ile ma pani lat?

– 28 grudnia skończę 78.

– Pani wie, że ma covid?

– Nie wiem. Co to jest? Ja czuję się dobrze.

– Testy wyszły pozytywnie, musi pani tu zostać.

– Jakie testy?

– No te, testy na obecność koronawirusa, które pani pobrano z nosogardzieli kilka dni temu.

– Niczego mi nie pobierano. Przywiozła mnie tutaj karetka, ponieważ zasłabłam na ulicy, mam chore serce, jestem po zawale.

– Co pani za głupoty opowiada. Mam tu pani wyniki… Jak się pani nazywa?

– Joanna Żarnowska.

Lekarka popatrzyła w dokumenty trzymane w grubych rękawicach. Odwróciła się i bez słowa wyszła z pokoju.

 

Co to za lekarze teraz. Gdzie ich wychowywano? Czy oni sobie wyobrażają, że mogą tak postępować z ludźmi – myślała, tym razem mocno zaniepokojona Joanna.

Kobieta leżąca pod oknem zaczęła głośno zawodzić.

Boże pomóż jej, i mnie przy okazji. Jęczała całą noc i nikt nie przyszedł, nikt jej nie pomógł. Nie mogłam spać, nie mogę tego znieść. Parę godzin spokoju i teraz zaczyna znowu…Może ta drobna blondyneczka ma dzisiaj dyżur, tylko ona się interesuje.

            Idą.. dzisiaj im powiem, co o tym myślę.

 

– Czy pani Żarnowska? – tym razem spod kombinezonu, maski i kasku odezwał się męski głos.

– Tak – odpowiedziała staruszka.

– Może mi pani powiedzieć, dlaczego pani kłamie, że nie miała pani robionego testu?

– Ależ panie doktorze! Ja nie kłamię. Nikt mi testu nie robił.

– A wie pani, że jest pani na oddziale zakaźnym? Kto panią tu położył?

– Przywiozła mnie karetka z ulicy i tu mnie położono. A kto nie wiem, wszyscy w tych kombinezonach jesteście jednakowi, ponadto nikt mi się nie przedstawiał.

– Czy zdaje sobie pani sprawę z tego, że naraziła nas pani na stratę czasu, a samą siebie na zakażenie covidem? Poza tym zajmuje pani łóżko potrzebne innym, chorym!

– Panie doktorze, przecież to nie moja wina, proszę mnie wypuścić do domu, ja się już dobrze czuję.

– O, szanowna pani, teraz to pani stąd tak prędko nie wyjdzie. Zrobimy testy, skoro pani twierdzi, że my się mylimy.

Wyszedł.

 

Joanna rozpłakała się, już dawno nikt jej nie upokorzył w podobny sposób.. Słabła z dnia na dzień, nie pozwalano jej wychodzić na korytarz, Sali nie wietrzono. Cierpiąca kobieta na łóżku pod oknem nie dawała spać. Nie przekazywano jej wiadomości od rodziny, które w ciągu poprzednich dwóch tygodni kilka razy przekazały jej pielęgniarki.

– Nawet przestępcy maja prawo do jednego telefonu – myślała z goryczą.

Kilka dni później cierpiąca kobieta spod okna poczuła się na tyle dobrze, że nie jęczała już z bólu. Zaczęła nawet pocieszać stale płaczącą starszą panią.

Joanna czekała na wyniki testów tydzień, ósmego dnia zmarła.

– Siostro – zagadnęła pielęgniarkę kobieta spod okna – czy ta pani Joanna była chora na covid?

– Nie – odpowiedziała pielęgniarka – wynik był negatywny.

– To jak to się stało, ze ponad trzy tygodnie trzymaliście ją tutaj? Zmuszali do załatwiania się w pampersa, ona bardzo to przeżywała, niemal nie jadła z tego powodu. A przecież mogła iść sama do toalety. Nie miała żadnego kontaktu z rodziną, mimo że prosiła o telefon…

– Proszę mnie o to nie pytać… i tak już ledwo wytrzymuję to wszystko. Lubiłam tę panią, jest mi bardzo przykro – mówiła cicho pielęgniarka.

– No dobrze, ale co mówią lekarze, chyba pani słyszała?

– Cóż, pomyłki się zdarzają – odpowiedziała pielęgniarka.

 

UWAGA! Opisywane sytuacje są fikcją literacką.

 

Zostaw komentarz