Dzień 5, Covidoki. Zapiski umiarkowanej optymistki (Kreską i Słowem)

Druga gwiazda na prawo, i prosto, aż do poranka….

 

Po trosze, czuję się w obecnej sytuacji, jak Piotruś Pan w królestwie Nibylandii. Tylko ja tutaj nie mogę schować się przed szaleństwem i wynaturzeniem dorosłych. Ba! Sama jestem dorosła aż nadto. Dlaczego aż nadto? Słyszę od jakiegoś czasu, że ze względu na mój wiek trzeba mnie chronić, nawet wbrew mojej woli.
 
Powoli staję się odrębnym gatunkiem, nazywanym „60+”. Stworzeniem zużytym, a nawet zawadzającym i niepotrzebnym w tym cyfrowym, nowym i coraz bardziej młodniejącym świecie. Osłabiam finansowo społeczeństwo poprzez pobieranie emerytury, „na którą młodzi muszą pracować”. Nie jest ważne, że ponad 40 lat pracowałam, odprowadzałam podatki i nadal to robię.
 
Ludzie, już nawet nie po sześćdziesiątce, ale nawet po pięćdziesiątce stają się balastem społecznym. Odbywa się już nawet coś w rodzaju segregacji, którą nieudolnie tłumaczy się dobrem i troską o starszych. Świadczy o tym wyodrębnienie godzin zakupów (między 10 a 12 godziną), a tym samym poruszania się poza domem, najpierw dla osób od 65 lat wzwyż, teraz już od 60-ciu; nakaz aresztu domowego dla osób po siedemdziesiątce, a najnowsze, to zapowiedź rozsyłania osobom po 55 roku życia pulsometrów (czy pulsoksymetrów) i monitorowania ich. Ten ostatni wymysł bardzo przypomina mi opaski elektroniczne zakładane na nogi jako dozór więzienny. A wszystkie wymienione ograniczenia świadczą o wyjątkowej pysze, bucie i lekceważeniu objawianych wobec ludzi mojego pokolenia i naszych rodziców.
 
Ostatnio czuję, że jako obywatelka jestem traktowana, jak bezrozumne i bezwolne stworzenie, pozbawione przynależnych praw wolnościowych i głosu, chociaż jestem przecież suwerenem, nie poddaną. Rozwiało się moje poczucie bezpieczeństwa, ot tak, jak dmuchnięty pył.
Niezwykle przykre jest uzmysłowienie sobie, że nie mam wpływu na swoje obecne życie, że wszelkie plany stały się nierealne, że ktoś/coś w tej chwili decyduje o moim ciele, o moim zdrowiu, o tym, czy i kiedy mogę wyjść z domu, wyjechać, zrobić zakupy, swobodnie oddychać.
 
Porażająca jest bezradność, że nie mam wpływu na to, co się dzieje. Jestem zawieszona w koszmarnej poczekalni. Na co czekam? Czy na dowódcę okrętu Wesoły Roger, kapitana Haka?
Jedyne, co mogę zrobić, to zachować siebie, swoje wartości i … nade wszystko godność.
Może mi się to uda, a jeśli nie trzeba będzie odnaleźć w sobie tę krainę, podobną do królestwa Piotrusia, bo przecież „aby polecieć wystarczy Cudowna Myśl i trochę wróżkowego pyłu”…

 

Zostaw komentarz